cosmic love


Każdy pryszcz, blizna, pieg zmienia Twoją twarz. Pamiętam, że kiedyś prawie miałaś alabastrowa cerę. Lubiłem to. Teraz z tego prawie prawie nic nie zostało. Każdego dnia budzisz się z podskórną warstwą białej nienawiści do świata. Próbowałaś chować twarz. Ale ja wiem, że to nie zniknie. Znikasz tylko Ty. Zarastasz, obrastasz, zamazujesz. Nas sobą. Bliznami spazmów i rzucaniem sztućcami. Wybaczałem Ci naiwnie. Wszyscy przecież szepczą o tych jebanych ostatnich chwilach. A to rozrywa twoją twarz. Wypływają wyrzuty sumienia. Nigdy ich nie miałem. Ale to podobno to. Usiadłaś do mnie plecami. Ten widok zabolał. Zastanawiałem się jak to jest, kiedy one Cie zjadają. Tak na żywca. Bez zbędnych formalności. Nakładałem punktowo tę śmierdzącą, szarą, lepką maź. Powiało wtedy trupim chłodem. Wzdrygnęłaś. To dziwne, pomyślałem o naszym pierwszym razie. I napadzie śmiechy, którego dostałaś chwile po ponownej stracie dziewictwa. Zabawne. Nigdy nie sądziłem, że kiedyś mnie też to rozśmieszy. A jednak.